„Więc jakżeż to było Z panamą w ręku wyszedł był z hotelu i skręcił w stronę Karowej, by złapać za rogiem taksówkę. I oto naprzeciw, zza jakiejś ciężarówki wojskowej osłoniętej brezentowym wierzchem, wyłoniła się dorożka truchtem zdążająca Krakowskim w stronę Kolumny Zygmunta. Woźnica o siwym wąsie i ciemnoczerwonych policzkach, rzekłbyś drzemał na koźle, bo głowa mu się kiwała i coraz to podbródkiem opierał się o pierś. Zatem zrazu Leon pomyślał, że dorożka jest wolna i stanąwszy na brzegu chodnika, otworzył usta, by na nią zawołać. I w ten sposób z otwartymi ustami pozostał. Bo jak się teraz przekonał mijający fiakier wcale nie był pusty. Na granatowym siedzeniu w dość intymnej bliskości siedziała para Nadhorodecki i właśnie ona — Barbra.
Dentysta czy ginekolog — promieniował swą fantastyczną urodą i zdawało się, że oto po ulicach miasta obwożą.
by każdy mósł podziwiać, reprodukcję mozaiki lub też popiersia Rudolfa Valentino. Był w swym wspaniałym ciemnobłękitnym garniturze w prążki — prawa noga w błyszczącym trzewiku dotykała spuszczonej ławeczki i jakby jowialnie potrącała ją noskiem; natomiast prawe ramię doktora leżało snadż za plecami towarzyszki, skoro dłoń wystawała zza jej ramienia. Oboje, jak to w konnych dryndach bywało, z lekka na siedzeniu wznosili się i opadali. Widać było, że Nadhorodecki o czymś jak zawsze trajkocze, obstrzeliwując słowami i oczami swą ofiarę i widać było także, że ta ofiara wcale się na nic nie uskarża, przeciwnie, z niejakim podziwem przygląda się jego profilowi. Para ta przesunęła się przed oczami wysoce niezadowolonego Leona i wraz z dorożką oddaliła, aż wreszcie koło pomnika Mickiewicza została znów przysłonięta inną ciężarówką...“(3)


mieszkania Warszawa |geodeta Tumlin |gzymsy elewacyjne